Kres wędrowania
Wędrowanie po świecie wiąże się z odwiecznym instynktem poznawania i przeżywania wielkich przygód. W różnych krajach świata i młodzi i dorośli podejmują się różnych zadań, które często przerastają ich możliwości. Złe przygotowanie, brak wiedzy, wyobraźni, a często i brak szczęścia jest przyczyną, że większość takich wypraw kończy się niepowodzeniem. Często nieudana wyprawa powoduje zniechęcenie, brak wiary we własne siły i rezygnację z podejmowania nowych wyzwań. W trakcie moich wielkich ekspedycji nie brakowało i dramatycznych przygód, które mogły mieć nawet tragiczny finał. W żadnym jednak przypadku nie musiałem przerywać wyprawy… Podróżowanie po świecie i na morzu jak i na lądzie zawsze kryło wiele niebezpieczeństw, tak ze strony nieprzyjaznego środowiska jak i ludzi. Wobec licznych zagrożeń wielkie podróże wydają się tylko nierealnym snem. A jednak gdy tylko jesteśmy odpowiednio przygotowani, gdy pokonamy strach przed nieznanym, gdy potrafimy wykorzystać wyniesioną ze szkoły i z domu wiedzę i doświadczenie, gdy uwierzymy, że w każdej sytuacji dysponujemy odpowiednim arsenałem obronnym, nawet samotna wyprawa dookoła świata staje się przedsięwzięciem zupełnie realnym. 1. Przed wielu laty szczęśliwym zbiegiem okoliczności jako młody inżynier znalazłem się na pustyni w Iraku. Przybyłem tam na początku lutego. Po nieprzespanej nocy natychmiast wywieziono mnie do pracy ok. 50 km. za Bagdad. Kilka dni później do Karbali w pobliżu historycznego Babilonu, gdzie znajdowała się nasza baza. Warto przypomnieć, że Polska wygrała wówczas przetarg na wykonanie pomiarów podstawowych (triangulacji) na terenie całego kraju. Aby ten cel zrealizować trzeba było na podstawie zdjęć lotniczych znaleźć odpowiednie punkty odległe o 8 do 25 km., zakopać w tych miejscach określone płyty betonowe, a następnie dokonać pomiaru boków i kątów. Same czynności inżynierskie nie były trudne, gorzej było dotrzeć z naszej czasowej bazy (przyczep campingowych lub wiosek) do punktów odległych nieraz o 150-200km i powrócić do niej. Przecież nie mielimy żadnych map, a dla orientacji służyły odręczne szkice, licznik samochodu, kompas, słońce lub gwiazdy. Początki były niesłychanie trudne… trzeba było ciągle pokonywać ogromne przestrzenie, burze pyłową i burzę piaszczystą, ulewy, wysoką i niską temperaturę, głód, pragnienie, samotność… Ale największym wrogiem był zwyczajny ludzki strach, przyczyna częstych zaginięć i błądzenia po pustyni. Zdarzały się przypadki, że i kilka dni trzeba było szukać zaginionych na ogromnych niemal bezludnych obszarach. Przebywając w tych ekstremalnych warunkach często powtarzałem starą maksymę: „jeśli dłuższy czas przebywa się w warunkach nienaturalnych to po jakimś czasie stają się one zupełnie normalne”. Nawet pustynię, krajobraz księżycowy, jakby z przed stworzenia świata, pusty, tchnący grobem i śmiercią można pokonać. Dłuższy pobyt w tym tak bardzo nieprzyjaznym regionie sprawia, że zaczynamy dostrzegać nie tylko grozę, ale i nieopisane piękno!
2. Zachowanie spokoju, nie wpadanie w panikę w sytuacji gdy nagle utracimy pieniądze, paszport czy bilet powrotny, gdy istnieje zagrożenie dla zdrowia i życia to podstawa pomyślnego wędrowania. Jeśli brak nam szczęścia i nie potrafimy zachować zimnej krwi w takich sytuacjach może to być kres naszej wędrówki. O zdarzeniu, które miało miejsce tuż po północy 13 lutego 1994r. u ujścia Amazonki w brazylijskim Belem powiedział później prezes Braspolu w Kurytybie Rizio Wachowicz: „Pan w Brazylii urodził się po raz drugi”. Wielka amazońska przygoda zaczęła się w Iguitos. Po dwóch tygodniach spędzonych hamaku na pokładzie statku towarowego dotarłem do Atlantyku, odwiedzając na trasie Tabatingę, Letycję, Manaos i Santa Rem. Po zakwaterowaniu się w niewielkim hoteliku Rio nad brzegiem Atlantyku ok. godz. 21 w towarzystwie Anny z USA udałem się do centrum miasta, a że była to sobota spodziewaliśmy się pochodu karnawałowego. Niestety spotkało nas duże rozczarowanie, gdyż nic ciekawego tam się nie działo. Gdy już ok. północy zbliżaliśmy się do hotelu, niespodziewanie pojawiło się 4 bandytów z nożami. Na pasie miałem przypiętą saszetkę ze wszystkimi pieniędzmi i paszportem, na szyi kamerę video. Po dość długiej szamotaninie udało się napastnikom wyrwać pieniądze, po czym zaczęli uciekać w kierunku nadbrzeżnych faweli. Dzięki ogromnie ryzykownej pogoni i szczęśliwej pomocy miejscowej policji prawie wszystko udało się odzyskać i dalej wędrować. Innym razem miałem mniej szczęścia. A było to w niedzielę 27 paździenika 2002r. w stolicy Nikaragui - Managua. Z braku innych możliwości ciekawego spędzenia czasu w towarzystwie słowackiej podróżniczki Dady udałem się nad Jezioro Managua. Droga choć prosta wiodła przez dzielnice biedoty i lepianki wśród drzew. Przed samym brzegiem jeziora były typowe budy z tektury i namioty, dalej pas kolczastych krzaków i kamienisty stok. Spojrzenia mijanych osób nie wydawały mi się zbyt miłe więc, nie czułem się zbyt pewnie i postanowiłem po dojściu do jeziora sfilmować piękną tęczę, zrobić kilka zdjęć i wracać do hotelu. Po zniknięciu jednej tęczy ukazała się druga, a później jeszcze jedna, najpiękniejsza. Aparat fotograficzny i kamerę ciągle wkładałem i wyciągałem z plecaka. Gdy wreszcie po ok. 5 minutach wraz z Dadą ruszyliśmy w stronę hotelu, z krzaków wyłoniła się piątka uzbrojonych w noże ok. 20 letnich bandytów, którzy starali się mnie przewrócić i zabrać plecak z aparatem fotograficznym i kamerą video. Wbrew ich oczekiwaniom nie oddałem plecaka, więc zaczęli go ciąć nożem, a uderzeniami w głowę, ręce i brzuch zmusić mnie do kapitulacji. W końcu jednemu z napastników udało się go wyrwać. Po czym zaczął uciekać w stronę gęstych krzaków. Chwilę później i ja uwolniłem się z rąk oprawców i popędziłem za uciekającym bandytą. Jednak rozpięty pasek u sandała oraz te kilkanaście metrów, które nas dzieliły gdy rozpocząłem pościg umożliwiły mu skrycie się w rozległych krzakach. Straciłem kamerę video i aparat fotograficzny, ale szczęśliwie udało mi się ocalić wszystkie pieniądze i paszport. Z potyczki niestety wyszedłem trochę poobijany i pocięty (głowa, prawa ręka i dłoń, mocny ból w prawym boku). Chwilę później przybiegli ludzie z pobliskich faweli, kobiety zaczęły płakać, ktoś dał mi spodnie, inna osoba przyniosła wodę bym mógł zmyć krew z rąk i głowy. Choć w przebitej dłoni przez dwa dni krew nie krzepła, choć ból głowy nie ustawał i czułem kłucie w prawym boku zamiast do kraju udałem się do Costa Rici, a później Panamy.
3. Ogromnym problemem utrudniającym wędrowanie są choroby. W czasie wyprawy przez Azję i Afrykę zapadłem w Zambii na malarię, ale prawdziwym „być albo nie być” było niewyleczone uczulenie pokarmowe w trakcie wyprawy w 2000/01. Gdy przez Wiedeń w połowie maja 2000 przybyłem do Nowego Jorku na rękach i nogach miałem różowe swędzące plamy. Mimo licznych wizyt u lekarzy, diagnoz z „włosów” i z „oka” czułem się niezbyt dobrze. Gdy na początku lipca przybyłem do Chicago nastąpił prawdziwy kryzys. Wszyscy namawiali mnie do powrotu do kraju, ale nawet nie dopuszczałem takiej myśli. Gdy zawiodły kolejne wizyty u lekarzy i coraz to nowsze lekarstwa, postawiłem na głodówkę. Przez 5 dni nic nie jadłem, pijąc tylko czystą wodę. Moje samopoczucie poprawiło się na tyle, że przemierzyłem Góry Skaliste i Meksyk. W stolicy Arizony Phoenix było najgorzej, ręce, nogi, brzuch, a nawet uszy i plecy pokryły się czerwonymi ropiejącymi ranami. I znowu zewsząd słychać było rady bym wracał do kraju, a ja myślałem: „ przeżyli ludzie Oświęcim i ja to przeżyję”. Ewentualny powrót do kraju odłożyłem na późniejszy termin. Znowu głodówka (tym razem 4 dniowa) pozwoliła mi udać się do Los Angeles, a później na Polinezję Francuzką i przez Tajwan do Indonezji. Bardzo dotkliwe uczulenie niestety nie mijało. I jakby kłopotów było mało drugiego dnia pobytu na Bali ukradziono mi czeki podróżnicze. Pośrednią przyczyną były obolałe plecy na, które nie mogłem włożyć koszuli i lepiej schować swe pieniądze. Było to przyczyną, aż dwumiesięcznego pobytu w Indonezji związanego z oczekiwaniem na refundację skradzionych czeków. Ból nie ustępował w czasie wędrówek przez Singapur, Malezję, Kambodżę i w Indie. Gdy do powrotu do Europy pozostało 4 dni Ojciec Marian Żelazek w Puri (nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla), który mnie gościł od dwóch tygodni polecił swemu kierowcy by mnie zawiózł do lekarza. Ten przez ogromną lupę spojrzał na prawe ramię i lewe udo. Zapisał receptę; tabletki i maść. Dwa dni później już zdrowy z Kalkuty po zrealizowaniu całego programu wyprawy wracałem do Warszawy.
![]()