Piekło pustyni PIEKŁO PUSTYNI - PÓŁTORA ROKU NA PUSTYNI 30 lat temu pracowałem w jednej z filii Przedsiębiorstwa Geodezyjnego przy ul. Szewskiej 9 (obok pod „7” w 1981r. zamordowano Stanisława Pyjasa, była tam wówczas cukiernia „Kropka” gdzie chodziliśmy na pączki!). Pewnego wiosennego poranka przybył do pracy szef z niecodzienna wiadomością: ”Polska wygrała konkurs na wykonanie pomiarów podstawowych na obszarze całego Iraku!” Trudno byłoby zliczyć wszystkie trudności, które musiałem pokonać nim 8 lutego 1975r. wsiadłem do samolotu PLL „LOT” udającego się do Bagdadu… Działałem jednak z taką determinacją, że do realizacji swego marzenia nie zawahałem się zmienić Przedsiębiorstwo. Do tej pionierskiej pracy jaką było wykonanie sieci triangulacyjnej na terenie całego kraju i to w warunkach tak odmiennych nikt nie był przygotowany. Miała to być prawdziwa „szkoła życia” na którą czekałem z niepokojem i nadzieją! Po przylocie do Bagdadu natychmiast wywieziono nas do pracy na pustynii, a następnego dnia do Karbali gdzie mieściła się baza naszej firmy. Tam spędziłem 2 miesiące. W tym okresie trzeba było „uczyć” się nie tylko pustyni, ale także organizacji pracy. Dalekie wyjazdy w nieznany, groźny dla człowieka teren, ciężka praca umysłowa i fizyczna, często siedem dni w tygodniu, stały się „normą”. Patrzący na to Irakijczycy „przecierali oczy” ze zdumienia i zadawali pytanie: "czy tak pracuje się w socjalizmie, czy wy przyjechaliście tu za karę” ??? To był prawdziwy horror. By przeżyć trzeba było poznać pustynię i z nią się „zaprzyjaźnić”, zaprzyjaźnić się też z ludźmi pustyni. W dzienniku podróży napisałem wówczas: „Iść wśród burz i zrzucających z nóg wichrów, wspinać się do góry i schodzić w dół, walczyć ze strachem, zmęczeniem, głodem, pragnieniem, dzikimi zwierzętami i przestrzenią. Żywić się pyłem, powietrzem i słońcem, sypiać ze swym wychudłym stadem, w zapierającym dech upale oraz obezwładniającym zimnie. Czuć się niewolnikiem potężnych sił przyrody, ale także panem niezmierzonych przestrzeni” Człowiek cywilizowany z lekceważeniem patrzy na mieszkańców pustyni. Są oni często brudni, obdarci, żądni rabunku, pozbawieni dobrych manier, nie potrafią czytać ani pisać, a jednak… Po bliższym poznaniu wyczuwa się w tych na pozór prymitywnych ludziach jakąś wielkość oraz niepospolite cechy: odwagę, gościnność, brak szacunku dla przemijających wartości tego świata. Lekceważą nawet śmierć. To królestwo słońca, piasku i kamieni tak ich ukształtowało. Pustynia: posuwam się do przodu; ale ciągle bezskutecznie oczekuję aż skończy się ten zaczarowany krąg, w którym się znajduję. Zewsząd czuć grozę, coś złowieszczego kryje się w tym terenie. Mimo, że zmieniają się cienie i natężenie światła, stale jestem w środku jakiegoś gigantycznego pola, którego horyzont zdaje się nieustannie uciekać. Piasek i drobne kamyki, jakby zostały rozsypane aż do granic świata. Rzadka kolczasta roślinność nie zmienia tego okropnego odczucia, a brak innych form życia przytłacza jak koszmar. Obawa by nie wyczerpały się zapasy wody, paraliżuje zmysły, a zerwany kontakt ze światem ludzi, sprawia, że wstrząs jaki się tu doznaje jest silniejszy niż w jakimkolwiek innym krajobrazie! W KARBALI Napis przed wjazdem do Karbali: „Turysto pamiętaj, że wjeżdżasz do świętego miasta” najlepiej świadczy o jego znaczeniu dla muzułmanów. Przybyłem do tego miasta o okresie święta „Aszura”. Miasto wieczorną porą przypomina obóz warowny. Do jego centrum w dzień i w nocy z każdej strony zmierzają setki samochodów i dziesiątki tysięcy pielgrzymów pieszych i na osiołkach. Pojazdy, kramiki z pamiątkami i żywnością, prowizoryczne kuchnie polowe, wózki przypominające mauzoleum kuzyna proroka, ludzie spożywający posiłek, kobiety sprzedające jajka i inne smakołyki, księgarze i tłumy modlących się sprawiają, że bardzo trudno było przecisnąć się pod meczet Husaina. Zewsząd wyczuwałem nieprzyjazne spojrzenia, szarpanie za spodnie, koszule, ręce, wrogie, niezrozumiałe uwagi bym się wycofał… Nagle potężnie zbudowany mężczyzna sprzedający książki zaczął mnie bronić przed rozgorączkowanym tłumem - to muhandys, Bolanda, zien (inżynier z Polski, dobry człowiek). Z niemałym trudem udało mi się przedostać na suk (bazar orientalny), który też tętnił życiem, ale byłem tam już lepiej rozpoznawalny i czułem się bezpieczniej”. Trzeba przypomnieć po latach, że w owym czasie o naszej polskiej grupie było głośno nie tylko w Karbali. Powszechnie spotykałem się z ogromną życzliwością i gościnnością, a słowo „Polak” było kojarzone z pojęciem „dobry i mądry”. A dziś… LORRA Wróciłem z miłego spaceru… W Karbali nie tylko wąskie uliczki suku, gaje palmowe i meczety zaprzątały moje myśli. W sąsiednim budynku zauważyłem dwie śliczne dziewczyny o ładnych buziach i dużych ciemnych oczach. Dziewczętom w abajach również przypadli do gustu niebieskoocy wysocy blondyni z dalekiej Północy. Choć bliższe kontakty były bardzo utrudnione, jednak możliwe, a obustronna ciekawość romansu z egzotyczną osobą pozwalała pokonywać różne przeszkody. Już w pierwszych dniach pobytu w Iraku poznałem śliczną Narcyz, która pod nieobecność ojca, a za przyzwoleniem matki wymykała się z domu by trochę pogawędzić. Gdy wyjechała do Bagdadu poznałem Marię ok. 20 letnią córkę dyrektora Szkoły Średniej w Karbali. Mieszkała w willi naprzeciw mojej rezydencji. Każdego wieczoru wychodziła na taras swego domu by zapytać jak minął mój dzień. Lubiła też opowieści o mych podróżach, a najbardziej interesowało ja jak żyją ludzie w Polsce? Pewnego wieczoru pod nieobecność Marii na taras wyszła jej młodsza siostra Lorra. Ta znajomość trwała najdłużej. Jeszcze kilka miesięcy po wyjeździe do Polski wysyłała mi listy i swe zdjęcia. W BABILONIE Już w trzy tygodnie od przyjazdu do Iraku postanowiłem odwiedzić jedno z najznakomitszych miast; „Rzym starożytności” - Babilon! Droga z Karbali w stronę Al. Hilli prowadziła wzdłuż gajów palmowych i pól uprawnych pooranych kanałami irygacyjnymi. To słynne „Rzeki Babilonu”. Gdy zobaczyłem napisy: Istar Gate, Hanging Gardens, Marduk Temple… nagle zaczęła działać wyobraźnia... To tu znajdował się słynny „Pałac rozkoszy” gdzie odbywała się znana z biblii uczta królewska, w trakcie, której otwarto bramy miasta Persom i Babilon został zdobyty! To na tarasach tego pałacu rosły ogrody przypisywane legendarnej księżniczce asyryjskiej Semiramidzie. Zachwyceni Grecy, zaliczyli je do „cudów świata starożytnego”. Zdumienie budziła także Brama Isztar, Swiątynia Marduka i Entemenaki - Biblijna Wieża Babel. Ten symbol pychy i dumy ludzkiej miał być tak wspaniały i wysoki, że z niej bez pomocy Bożej człowiek mógłby dostać się do nieba. Kiedy po obejściu kompleksu wież, pałaców i świątyń dotarłem do istniejącego fragmentu „Drogi Procesyjnej” zauważyłem fragment z naczynia, a chwilę później kawałek cegły z pismem klinowym. Zachęceni tym odkryciem i inni koledzy zaczęli szukać podobnych okazów. Jednemu z nich nawet udało się znaleźć jeszcze ładniejszy obiekt. Szukając coraz to ciekawszych okazów, zostałem zauważony przez młodego mężczyznę, który twierdząc, że jest „policeman” włożył dłoń do mojej torby i wyciągnął z niej wszystko co udało mi się zgromadzić. Usiadłem na kamieniu i miałem ochotę zapłakać chowając twarz w swych dłoniach. Widocznie zrobiło to duże wrażenie na młodym człowieku, gdyż po chwili nic nie mówiąc położył na ziemi w moim sąsiedztwie owe skorupy i oddalił się… PUSTYNNA EPOPEJA 17 kwietnia, we czwartek rano dowiedziałem się, że po południu wyjeżdżamy do Nukhaib. Byłem tak przerażony opowieściami o warunkach tam panujących, że przez dwie godziny nie potrafiłem „wydobyć” z siebie słowa. Gdy dowiedziałem się, że przygotowywana jest skarga do Ambasady PRL i Ministerstwa Zdrowia za nieprzestrzeganie zasad higieny i fatalne warunki pracy, ogarnął mnie zwyczajny strach. Czułem się jakbym jechał na „stracenie”. Na domiar złego wraz zapadającym szybko zmierzchem przez brak szyby do środka wpadało coraz więcej robaków. Ciepły i wilgotny dzień zwiastował zmianę pogody. I tak się stało, po serii groźnych wyładowań atmosferycznych lunął tak straszliwy deszcz, że w ciągu zaledwie kilku minut koryto wyschniętej vadi płynącej wzdłuż drogi zaczęło się wypełniać wodą. Niewielki początkowo strumień szybko zamienił się w dużą rzekę, a jej rwący nurt porywał wszystko, co znajdowało się na jej drodze. Sytuacja była bardzo groźna, więc postanowiliśmy przeczekać ulewę, ale znaleźć bezpieczne wzniesienie ze względu na „egipskie ciemności” i wlewające się do środka znaczne ilości wody uniemożliwiały obserwację terenu. Gdy już w przedziale kierowcy było jej prawie po kolana trzeba było stanąć. Ruszyliśmy dalej gdy burza nieco przycichła i nagle zobaczyliśmy na horyzoncie światła Nukhaib. Niestety jak szybko się pojawiły tak szybko również zgasły nadzieje na szybki koniec tej koszmarnej wędrówki. Dochodziła właśnie północ, a o tej porze wyłączano agregat prądotwórczy (czynny między 18-24). Czarna noc wszechwładnie opanowała pustynię. Teraz tylko od intuicji zależało jak długo będziemy się tułać? Chyba ze trzy razy okrążyliśmy Nukhaib nim wreszcie w odległości ok. 100m. zobaczyliśmy kilka lampek w beduińskim czajhanie (herbaciarni), a chwilę później byliśmy już w naszej bazie, w „szpitalu”. W obszernych wnętrzach pustynnego szpitala, w których chyba nigdy nie było żadnego pacjenta panowała niczym nie zmącona cisza. Nikt z mieszkających tu od kilku tygodni pracowników „Polservice” nie wiedział o tej niespodziance jaką przygotowała dyrekcja. Znowu zaskoczenie, kilka osób bez żadnej zapowiedzi przybyło w środku nocy. Świecenie w oczy, krzyki, gorączkowe poszukiwanie bagażu, miejsca do spania. W końcu jednak jakoś wszyscy znaleźli miejsce między zupełnie zaskoczonymi i niepocieszonymi kolegami. Udało się i mnie znaleźć materac i wcisnąć między łóżka, ale zasnąć było trudno. Czułem straszne swędzenie… Nie wiedziałem co jest tego przyczyną? Gdy zrobiło się jasno zobaczyłem, że na podłodze było aż ciemno od robaków, które dostały się tu w nocy z braku odpowiednich siatek ochronnych w oknach. Czułem przedsmak wielkiej przygody. W NUKHAIB W Nukhaib mieszkało kiedyś ok. 300 osób „zamkniętych” w lepiankach tworzących regularny czworobok i otoczonych parkanem z gliny lub puszek po ropie. Były tu trzy sklepy piekarnia i szpital. Ten ostatni to obszerne pomieszczenie parterowe bez wody i urządzeń sanitarnych. Nie było w nim żadnego pacjenta, więc stał się naszą bazą. W dzień osada jest zupełnie wyludniona. Życie zaczyna się tu dopiero po zachodzie słońca. Na 6 godzin włączony jest agregat prądotwórczy i do miejscowego czajhanu przybywa młodzież męska i dorośli by wypić herbatę i pograć w domino. Kobiety wstępu tu nie mają. O północy po wyłączeniu prądu wioska tonie w straszliwych ciemnościach i tylko ujadanie psów i wycie szakali przypomina, że istnieje tu jakieś życie. Jednak zmrok i noc, gdy przestaje się „lać z nieba” potworny żar jest upragnioną porą wytchnienia i odpoczynku dla ludzi i zwierząt. Trwa on do wschodu słońca, o tej porze dźwięk dzwoneczków oznajmia, że owce już wychodzą w pustynię. Ale o tej porze poza kucharzami, wszyscy geodeci byli już daleko od Nukhaib. Ze względu na wibrację i kiepską widoczność (w dzień 4-5 km.) pomiary można było wykonywać w godz. 17-9 rano. Wyjeżdżaliśmy więc o 4:00 rano do punktów odległych o 130-170 km. i po dokonaniu pomiaru kilku boków wracaliśmy do bazy. Po krótkim odpoczynku i zjedzeniu obiadu znów jechaliśmy na pustynię wykonać kilka pomiarów, by w nocy wrócić do bazy. W ten sposób w samochodzie spędzaliśmy po 15-16 godzin. Na tak bardzo upragniony odpoczynek pozostawało zaledwie 5-6 godzin! Czy zawsze był to prawdziwy relaks? Kiedy w nocy z 25/26 kwietnia wynosiłem swe łóżko na szpitalny taras wiał lekki wiatr. Udało mi się zasnąć, jednak już po chwili wydawało mi się jakby było trzęsienie ziemi. Zbudziłem się i zrozumiałem, że to burza piaskowa... Książki i koca, którym byłem przykryty nigdy już nie znalazłem, a łóżko i moja odzież pełna była piasku. Zszedłem na dół, w pomieszczeniach szpitalnych nie było czym oddychać. Przestraszeni koledzy zapalili świeczki i starali się znaleźć wodę by umyć twarz… Choć wkrótce zupełnie się uspokoiło, na sen już nie było czasu trzeba było ruszać w drogę. Po pewnym czasie mimo ostrzeżeń Beduinów, że „pustynia jest niebezpieczna” wyjeżdżaliśmy po obiedzie i po wieczornym pomiarze zostawalśmy na pustyni by wcześnie rano rozpocząć pracę. To prawda, że spędzaliśmy noce na bagażniku samochodu (czasem w namiotach beduińskich) gdzie nie zawsze czuliśmy się bezpiecznie, ale było już o połowę mniej przejazdów. "WODA" „Wodo nie masz ani smaku, ani koloru, ani zapachu, Nie można ciebie opisać, Pije się Ciebie nie znając ciebie, Jesteś niezbędna do życia, jesteś samym życiem”. Bez wody w temperaturze 48 stopni C można przejść ok. 10km i przeżyć nie więcej niż dwie doby… ale pod warunkiem, że przebywa się w cieniu. Od rozgrzanych kamieni można poparzyć ciało, a 30 minut na słońcu bez żadnego okrycia głowy i bez wody może doprowadzić do odwodnienia organizmu, nieodwracalnych zmian w mózgu i śmierci. Gdy kiedyś przejeżdżałem przez Vadi w okolicy Safavije zauważyłem jak w dnie wyschniętej rzeki, przycupnęło kilku mężczyzn. Jeden z nich trzymał w ręce kamień i stukał nim w kamienne podłoże, nasłuchując jednocześnie echa dochodzącego z wnętrza ziemi. Gdy uznał, że w danym miejscu jest woda rozpoczęto kopanie. Po osiągnięciu warstwy kamieni rozpoczęto „kłucie” długimi stalowymi prętami. Jeżeli pręt wchodził coraz łatwiej i był mokry na końcu to znak, że cel został osiągnięty. Uradowani ze szczęścia Beduini zaczęli tańczyć i nie pozwolili nam się oddalić nim nie wypiliśmy z nimi herbaty i zjedli hubusa! Gdy znowu przejeżdżałem tędy kilka dni później stało już kilka dużych namiotów, ale tylko przez pewien czas… Bowiem życie na pustyni to ciągła wędrówka w poszukiwaniu wody i paszy, gdy jej zaczyna brakować kierują się w stronę rzek. ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA W BIBLIJNYM RAJU Gdy pakowaliśmy swe bagaże w Nuhaidin mieliśmy jeszcze w pamięci niedawne przyjęcie u szejka Muhammed ibn Nauaf z okazji wielkich świąt muzułmańskich Idll Aha (12-15 XII) związanych ze spotkaniem po 40 latach rozłąki biblijnych rodziców Adama i Ewy. Do Bagdadu niemal w komplecie przybyliśmy czterema służbowymi Toyotami i zatrzymaliśmy się w budynkach „Polservisu”. 24 grudnia wyjechaliśmy w kierunku Basry. Dla mieszkańców Bagdadu i innych mijanych na trasie miejscowości zbliżające się dni świąt chrześcijańskich były normalnymi dniami roboczymi (choć Chrystusa czczą jako wielkiego proroka), nigdzie więc nie wyczuwało się świątecznego nastroju. Niczym też nie wyróżniało się niewielkie irackie miasto nad Tygrysem Al. Kut, gdzie dotarliśmy wieczorem i zdecydowali, że tu spędzimy wigilijny wieczór. Pierwszy spotkany hotelik nosił wielce obiecującą nazwę: „Paradise”, więc nie szukaliśmy już nic więcej. Recepcjonista, starszy mężczyzna poprosił o paszporty. Daliśmy mu również nasze irackie legitymacje służbowe. Bolanda, muhandys zapytał tajemniczo i uśmiechając się czy jesteśmy zmęczeni i czy chcemy zjeść kolację, po czym dodał "przyjdźcie za godzinę". Dobrze wiedział co to za dzień dla katolików, a szczególnie Polaków!!! Gdy już wykąpani i trochę wypoczęci zjawiliśmy się w maleńkiej restauracji ku naszemu zdumieniu zauważyliśmy zsunięte kilka stolików starannie nakryte czystymi obrusami. Gdy zajęliśmy miejsca przy stole kelnerzy zaczęli przynosić wszystko to co w kuchni arabskiej jest najlepsze: zupę (słodkawy sos z ryżem), placki (hubusy), kurczak (dżydżacz) z ryżem, kebab, przyprawy, jarzyny, daktyle, pomarańcze, grapefruity. Zapalono świece… I nagle zrobiło się smutno, nikt nie mógł wydobyć z siebie choćby jednego słowa! Umilkli przy sąsiednich stołach Arabowie i skierowali swe spojrzenia w naszą stronę. Atmosfera stała się jeszcze bardziej posępna gdy ktoś wyciągnął opłatki w tajemnicy przywiezione z Polski i zaczął je rozdawać nie tylko katolikom, ale i muzułmańskim gościom. Jednak nawet „łamanie się” opłatkiem, spożywanie posiłku wigilijnego i wspólne śpiewanie kolęd nie zmieniło nastroju zadumy i tęsknoty za domem i Polską. Dla całej grupy były to pierwsze Święta Bożego Narodzenia poza Ojczyzną. Następnego dnia szczęśliwie dojechaliśmy do Safian. Tu zostawiliśmy samochody i pieszo przeszli ok. 4 km. do granicy z Kuwaitem, skąd wynajętymi taksówkami przybyliśmy do stolicy kraju. Bogactwo i przepych ówczesnego Kuwaitu zrobiło na nas ogromne wrażenie; szczególnie te tysiące świetnych zegarków, znakomity sprzęt radiowy, video oraz tony złota w sklepach jubilerskich. Szokujące też były domy kuwaickich milionerów, prawdziwe cytadele, obok których nierzadko były rozbite namioty - symbol tęsknoty niedawnych koczowników za pustynią. Cały dzień i noc 25/26 XII z ciekawości, ale i ze względów oszczędnościowych spędziliśmy pod gołym niebem (policzyliśmy, że nocleg w średniej klasy hotelu kosztował wówczas tyle co miesięczne utrzymanie w Polsce), a do Basry na nocleg wróciliśmy w godzinach wieczornych. Następnego dnia jadąc cały czas wzdłuż Szatt al.Arab dotarliśmy do miejsca gdzie Tygrys łączy się z Eufratem do Qurnah. Tu za murkiem jest pień drzewa; ściętego ponoć przez Anglików w 1932r. Znamienny napis w języku arabskim i angielskim wszystko wyjaśnia: „Na tym miejscu, gdzie Tygrys spotyka się z Eufratem, rosło to święte drzewo naszego ojca Adama, symbolizujące ogrody rajskie na ziemi. Modlił się tutaj Abraham 2 tys. lat przed Chrystusem”. Pozostałością po „Ogrodach Edenu” są rozległe bagna, jakby przekleństwo „grzechu pierworodnego”. Poruszanie się tutaj jest bardzo utrudnione; z Qurnah do Nasiriji prowadzi ok. 80 km. droga na grobli wśród bagien i szuwarów. Tym razem w porze deszczowej przejazd był bardzo niebezpieczny, ze względu na śliską, przetłuszczoną nawierzchnię. Tylko cyrkowej zręczności naszego kierowcy i dużej dozie szczęścia zawdzięczaliśmy, że nie spotkał nas taki los jak kilkunastu samochodów i nie znaleźliśmy się w bagnie… Wyczerpani fizycznie i psychicznie nad ranem dotarliśmy do Nasiriji, a stamtąd do "Ur" - Kraju Patriarchów. „Gdy królestwo zostało spuszczone z niebios, królestwo było w Eridu” jak głosi starosumeryjska „Księga królów”. Wg. tego źródła "Ur" to trzecie najstarsze miasto świata. Choć były to tereny pod administracją wojskową to i tym razem udało się wejść na słynny ziggurat - piramidę schodkową sprzed 4 tys. lat, a także oglądać ruiny domu Abrahama, oraz niezwykłe odkrycia z lat „30” ubiegłego wieku - groby królewskie świadectwa potopu biblijnego.